Kabackim śniegiem

Dzień po BGFit zrobiłem rundkę na trenażerze, dla sprawdzenia. Niespodziewanie dobrze mi się jechało, ale nie za długo, bo jednak dzień krótki a w weekend planowałem sobie pośmigać po lesie.

Tak też zrobiłem. Wyciągnąłem swoją wyścigową maszynę i postanowiłem jej pokazać jak wygląda las zimą. Co ciekawe od razu czuję, ze ustawienia mtb powinny ulec zmianie, ale póki co nie mam czasu na gmeranie przy sprzęcie kiedy za oknem tak szybko słońce znika. Owszem, są takie istotny co nocą jeżdżą, ale w nocy to ja śpię.

Co do samej jazdy to miałem na początku mieszane uczucia, a to za sprawą mokrego tyłka. Błotników jakoś nie zamontowałem bo jawi mi się to jako totalna potwarz dla Sworksa. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś nastąpi taki dzień że Spec będzie robił za zabawkę na ścieżki rowerowe. No nie bardzo. Brnąłem więc w ten mokry śnieg, zmieszany z mokra ziemią i czułem jak powoli przecieka i nasiąka wodą ubranie. Ale jak już wyjechałem to wracać przecież nie będę, tym bardziej że przede mną pojawił się ojciec z synem, także na rowerkach ale takich trekkingowych i sobie spokojnie jechali. No to już byłby wstyd gdyby zawrócił.

Jak już wjechałem do lasku, okazało się, że śnieg jest twardy, a gdzieniegdzie po tym mniej twardym jest lód i zaczeła się zabawa. Ktoś jakby mi domontował różnej wielkości ciężarki do rogów kierownicy i ta tańczy sobie w najlepsze.

Z początku było ciężko i uważałem, żeby nie glebnąć, ale sam przejazd traktowałem jako techniczny z elementami kondycyjnymi, głównie walki z zimnem. Walka nierówna, szala zwycięstwa raz przechylała się na stronę natury, a po chwili zdobywałem przewagę. Po około 30 minutach zaciętej walki pokonałem grawitację łapiąc właściwy tryb jazdy. Okazało się, że im szybciej tym lepiej mi idzie. Więc cisnąłem sobie mocniej. Jak mocniej to trudniej hamować, ale w sumie po co hamować, jak z hamowania to tylko gleba może być. Jak już także to opanowałem to zrobiłem sobie przerwę na fotkię. Coby dowód był, że zimą Kabacki objechać też można.

Na koniec przejażdżka była już o wiele przyjemniejsza, aż zachciało mi się mocniejszych przejazdów w lesie, driftowania na zakrętach i takie tam. Jednak jak sobie pomyślałem, że mógłbym się wykąpać w tym żwirkowym błotośniegu, to mnie się jakoś odechciało tych zabaw. Ale to w sumie plan na dalsze dni takich przejażdżek. Założyć grube spodnie i dawaj w śnieg, z wywrotkami. Zabawa pewnie jest super. Tylko inny rower by się przydał, taki lekko zdezelowany. Bo ten jak widać poniżej to trochę już jest umęczony.

Reklamy

Body Geometry

img_0216W końcu zdecydowałem się na zrobienie dopasowania swojego rowweru do tego jaki jestem długi i szeroki. Całość zajmuje kilka godzin, wiele czasu zajmuje mierzenie poszczególnych elementów ciała kolarza i dopasowanie do właściwej pozycji w ruchu. Wszystko widać pięknie na ekranie podczas jazdy. Teraz przede mną czas zakupów, bo zmianie wymaga siodełko, kierownica mostek. Moim zdaniem przed zakupem szosy, każdy powinien coś takiego zrobić. Dzięki temu można zaoszczędzić niepotrzebnych wydatków i uniknie się wielu problemów z kontuzjami. Zwłaszcza jak się dużo jeździ na szosie, chociaż dopasowanie robią też do MTB. Ja robiłem w AirBike, ale spodziewam się, że jest kilka osób, które w Polsce potrafią coś takiego wykonać, plus do tego jest takie studio w Krakowie.

Powrót do korzeni i plany na 2012

Dłuższa przerwa w pisaniu nie jest dobra, dlatego wracam do pisania o swoich planach i doświadczeniach związanych z trenowaniem do kolejnego sezonu. Czas zabrać się do solidnej pracy i wytężonego treningu.

Parę zmian już poczyniłem jeśli chodzi i przygotowania i teraz czeka mnie sporo do zrobienia jeśli chcę odpowiednio zaprezentować się w kolejnej edycji maratonów z charakterem i mtb.

Mój plan na ten rok jest dość prosty. Utrzymać poziom z 2011 roku, przejechać cykl Mazovia MTB z dobrym wynikiem w klasyfikacji generalnej, walczyć o dobre miejsce w sekcji Marketing i Reklama o ile będzie kontynuacja tej dodatkowej grupy.

Ciśnienie w tym roku mniejsze, bo w 2011 już byłem na podium. III miejsce w klasyfikacji generalnej Marketingu i Reklamy dało mi dużo satysfakcji, koszulka finiszera także. Ale człowiek to takie zwierzę, że chce więcej, lepiej, przyjemniej. Więc zdecydowanie poza Mazovią w tym roku stawiam na Bike Maraton. Minusem jest odległość od Mazowsza, ale cóż. Moim zdaniem warto pojechać na kilka edycji, żeby zobaczyć o co chodzi w tym innym ściganiu.

W planie mam też zmiany sprzętowe. Na bieżąco dam znać jak się wszystko będzie układać.

WTC 2011

img_0530W dniach 24-26 czerwca Virtual Trener organizuje Weekend Training Camp w miejscowości Kluszkowce, niedaleko Zakopanego…

Zapraszamy wszystkich chętnych do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. Będzie możliwość poznania treningu z pomiarem mocy, potrenowania zjazdów w terenie pod okiem fachowców (w roli instruktora Szymon Syrzistie, wielokrotny mistrz Polski w downhillu) oraz wiele innych atrakcji.

Pełną ofertę zgrupowania w PDF możecie znaleźć tutaj:

http://tinyurl.com/wtc-kluszkowce-oferta

Pozdrawiamy serdecznie,
zespół VT

Rawa Mazoviana

ndm2012Rawa Mazowiecka w cyklu Mazovia to był szybki i prosty maraton. Ludzi kupa. W moim III sektorze było ich co najmniej setka bo miejsca brakowało dla wszystkich. Start i dalej poszło bardzo szybko. Głównie pola i lasy, niewiele górek, dużo trawiastych przejazdów. Trochę nudnawo i gorąco:) Dużo trzeba poprawić, ale na tym polega urok treningów:)

[url=http://photo.bikestats.eu/zdjecie,190599,peletonik-sie-podczepili.html][img]http://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,190599,20110620,peletonik-sie-podczepili.jpg[/img][/url]

Strata do zwycięzcy: 22 minuty

213/505 – Open | 75/ 193 – M3 | Sektor: III

MALCIKI – NA ŚCIEŻKACH WYŚCIGU

Drugi, a właściwie trzeci raz jazdę do pracy (bo już raz do pracy i raz z pracy). No i za każdym razem nadziwić się nie magu, patamu szto oni diełają na ścieżce. Przejażdżka do pracy to generalnie luzik, bez napinki. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo okazuje się, że nie dla wszystkich. Ilekroć jadę czy to szoską, czy ścieżkami mam wrażenie jakiegoś wyścigu. Na początku myślałem, że to moje przywidzenia, ale wydaje mi się, że w tym specyficznym kolarstwie ścieżkowym dochodzi do stałej rywalizacji o prym pierwszego miejsca przy światłach. Jadę ci ja dzisiaj, zupełnie spokojnie i bez większego pędu, a tutaj z lewej, prawej, na wprost i odwrotnie atakują zawodnicy w specyficznych SPD marki Kubota tudzież innej maści klapkonakręcacze. Kolana wywalone na boki, na rowerze tylko DVD z kinem domowym brakuje, ale jedzie taki całym pędem, żeby usiąść na kole albo pokazać, że on to ma pęd. Zabawne to jest i ciekawe doświadczenie. W sumie jakieś urozmaicenie po jeździe pośród spalin i staniu na światłach.

W budynku ciekawostka. Informacja dla rowerzystów przed wejściem na parking.

Do pracy

Dzisiaj pierwszy raz do pracy. Miało być lajtowo i tak właśnie było. Bez ekscesów. No może poza jednym, gdzie koleś jadący za mną tak mnie jakoś wkurzył, że musiałem depnąć i od niego odjechać. Może niepotrzebnie, bo przecież ma być spokojnie i regeneracyjnie. Ścieżka od Belwederskiej do Trzech Krzyży, super. Bardzo fajnie zorganizowana i można spokojnie pokręcić. Dalej Nowy Świat i Swiętokrzyska jakoś daje rade. Może nie jest to wersal i szeroko, ale bajkerzy jeżdżą. W budynku bardzo miła ochrona, już mnie poznają po wczorajszym rekonesansie, a nawet pomagają w transporcie sprzętu. Dalej szybki prysznic i do pracy. Zadziwiająco przed wyznaczonym czasem.

Stat:
Odl: 15.79 km
AV: 20.2 km/h
Max: 38.1 km/h
Av Hr: 120
Max: 158

Legionowo – krótko – szybko z bólem.

Autor Będzie krótko…bleeeeeeee….blyyyyyyi rzyg i rzyg. No i w sumie to byłoby najlepsze podsumowanie tego całego zamieszania. Ale od początku. Pewnego pięknego wieczora, to chyba był czwartek. Stwierdziłem, że idealnie będzie jak zjem jakiś owoc. A że w lodówce były akurat winogrona, więc właśnie one padły moim łupem. Jak się miałem okazję przekonać, to była fatalna decyzja. Kolejne dwa dni, to była jakaś masakra żołądkowa. Sensacje jak u Hitchcock’a. Zaczęło się od ataku gnomów, a potem było tylko gorzej i napięcie rosło. Jednak do Legionowa musiałem pojechać, ponieważ mając pakiet Flex zarejestrowałem się na zawody kilka tygodni wcześniej. Więc wybrałem opcję pośrednią. Pojadę i dostosuję się do sytuacji.

Przed startem zastanawiałem się jak to będzie, no i co z tego będzie. Plan minimum zakładał utrzymanie sektora i trzymanie przyzwoitej średniej.

Kiedy przyszła kolej na start 3 sektora, juz wiedziałem, że nic nie wiem. Ani boli ten brzuch ani nie. Ani mi ciepło ani zimno. Nawet deszcz mi nie przeszkadzał. Jakaś obojętność. Sędzia odpalił sektor, byki ruszyły do przodu, a ja spokojnie pośród nich. Dałem sobie jakiś czas na rozruch w tempie wyścigowym, żeby organizm zbyt wielkiego szoku nie doznał. Droga była mokra, a na dodatek pierwsze kilometry to wszyscy tną jak szaleni. Tak zawsze jest. Tym razem te pierwsze przetarcia trwały znacznie krócej, bo do pierwszego piachu. Na asfalcie każdy chojrak, a w lesie to juz rożnie bywa. Maciek z VTeam, z którym stałem w sektorze pognał do przodu, a ja trzymałem się swojego tempa. Jak juz pojawiły się pierwsze ścieżki wiedziałem, ze jakoś będzie. Rzygać mniej mi się chciało, tak do pierwszych 15minut. A to dlatego, że musiałem skorzystać z bidonu. Woda z izotonikiem wpadła do żołądka i zrobiło się niemiło. No, ale jechałem dalej. Żeby nie spać na twarz, złapałem żel i dawałem dalej. Po pierwszej godzinie nie było źle. Miałem przejechane 24km, co wskazywałoby całkiem niezłą średnią. Tyle ze druga godzina była juz nieco inna. Po pierwsze tempo jazdy mocno siadło. Po drugie piaskowe odcinki powodowały, że trzeba było schodzić z roweru i biec. W normalnych warunkach to mi nie przeszkadza, ale jak człowiek jest lekko dobity z wciśniętym żołądkiem, to właściwie wszystko jest nie tak. Jechałem różnie, raz szybciej, raz wolniej. Specjalnie nie rwałem się do ataku, bólu specjalnego w nogach też nie czułem. Trasa poprowadzona była dwa razy tym samym śladem, więc miałem wrażenie, że gdzieś to już widziałem, a generalnie było dość nudnawo. Płasko, piaskowo i tak bez emocji. Na metę wjechałem z czasem 2 godzin i 2 minut ze stratą 26 minut do zwycięzcy. To w sumie o 6 minut lepiej niż w Chorzelach, jednak nie czułem większego zmęczenia, raczej wewnętrzne wycieńczenie i ścisk w brzuchu.

Miejsce 208/493 Open | 81/194 – kat M3.

Kilka dni po Legionowie mam taką konkluzję, że Mazovia zaczyna mi doskwierać płaskością i prostotą. Ten sezon jeżdżę w tym cyklu, ale zdecydowanie lepiej mi się rywalizuje na bardziej wymagającej trasie, gdzie są podjazdy, sekcje techniczne. Wtedy zyskuje najwięcej. Na takich płaskich maratonach po prostu się jedzie i to szybko. Ot cała filozofia. Widać, że ciągnie wilka do lasu.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑